sobota, 14 lipca 2018

Od Hakaela - Quest 6 "Zjawa żądna krwi"

Mimo iż od jakiegoś czasu byłem w Plemieniu Ognia nie bylem z tego powodu jakoś specjalnie szczęśliwy. Należność do takiej społeczności wiązała się z wieloma obowiązkami, szczególnie kiedy jest się betą. Jest to wysoka pozycja, jednak najwyraźniej nie dla mnie. Ciągle odczuwałem jakiś brak czegoś, brak wolności do której bylem przyzwyczajony między innymi poprzez moje wieczne wędrówki. Ten brak postawił mnie przed pewnym wyborem - iść szukać szczęścia w okolicy czy zostać i pilnować poniekąd mojego Plemienia. Ostatnie wydarzenia coraz bardziej sprawiały, że spędzałem czas na dziwnych rozmyślaniach o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Podniosłem się z ziemi i spojrzałem za siebie, na jaskinię Nienny. Miałem nieodparte wrażenie, że stanie się coś nieprzewidywalnego i jednocześnie złego. To uczucie jest co najmniej dziwne zważając na fakt, że głównie moja osoba zwiastuje jakąś śmierć. Może własnie dlatego powinienem już do końca zostać samotnikiem i nie mieszać się między szeregi plemion? Pewnym krokiem ruszyłem w stronę lasu. Podążałem w jak najbardziej możliwy cichy sposób by nie potrzebnie nie wszczynać alarmu w Plemieniu. Gdy zanurzyłem się w dzikich zaroślach oddzielających żyzne tereny Wodnych Wilków od pustyni Ognistych moją uwagę zwróciło dziwne światło za mną. Dodatkowo miałem wrażenie iż jestem śledzony. Odwróciłem głowę spoglądając za siebie jednak nie dostrzegłem nic, światło znikło podobnie jak cień, które dzięki niemu powstał. Spojrzałem przed siebie marszcząc brwi.
- Witaj Piewco Śmierci. Dawno się nie widzieliśmy.
Usłyszałem niezwykły kobiecy głos dochodzący z głębin. Dopiero chwilę później przed moimi oczami ukazała się świecąca zjawa, która zmusiła mnie do przymknięcia oczu, ze względu na bijące, jasne światło. Po dłuższej chwili jednak przyzwyczajony do blasku otworzyłem oczy i spojrzałem na wilczycę o srebrno fioletowym futrze z księżycem na czole. Jej oczy były zupełnie białe i puste. Uśmiechała się do mnie.
- Holle...
Mruknąłem cicho znów mrużąc lekko oczy.
- Nie cieszysz się na mój widok? Minęło dwadzieścia sześć księżyców od naszego ostatniego spotkania.
- Dziwne by było, gdybym się cieszył. Teraz wiem czemu bije wonią śmierci ostatnimi czasy.
- Jaka woń, jaka śmierć? Hakaelu, ty sam nosisz ze sobą śmierć. Wiesz po co przybyłam? Potrzebuję twojej krwi.
Spojrzałem na nią kpiąco powstrzymując się od śmiechu.
- Mojej krwi? Już ją dostałaś.
- O nie kochanie, ostrzegałam cię, by ktoś mógł żyć i być wielki, ktoś musi ustąpić mu miejsca. To się sprawdziło w momencie śmierci jednej z twoich córek. Najwyraźniej ta druga miała większe szanse na sukces. Teraz...
Usiadła owijając się przeraźliwie długim ogonem. Jej wygląd przypominał trochę ogromnego lisa o fioletowej sierści.
- Teraz przybyłam po krew, krew Białego Słońca.
Wyszczerzyła swoje śnieżnobiałe kły w przeraźliwym uśmiechu.
- Niestety zabić ją możesz tylko ty, inaczej śmierć ta straci znaczenie i niewiadomo, co stanie się z jej duszą. Byłoby wielką stratą stracić taką piękność prawda?
- Nic nie zrobisz Niennie, nie pozwolę na to.
- Nadal nie rozumiesz, jesteś Piewcą Śmierci. Jedynie ty możesz coś jej zrobić i zrobisz to. Inaczej stracisz ważną dla siebie osobę. Wadera, czarna jak noc o lśniących zielonych oczach, zawsze podziwiałeś jej odwagę.
- Nic z tego...
- Za późno.
Usłyszałem gdzieś z boku, zza skał młody dziewczęcy głos. Oślepiające światło emitowanie przez Holle przygasło lekko i wydała się być zdumiona, niewiele mniej niż ja. Spojrzałem w kierunku średniej wysokości góry, by znaleźć źródło dochodzącego dźwięku. Dopiero, gdy bardziej się przyjrzałem spostrzegłem ciemną smugę spływającą między skałami. Wciągnąłem powietrze do swoich płuc i wyczułem woń krwi. Teraz, kiedy przyjrzałem się jeszcze raz dziwnej cieczy spływającej po ściance skalnej połączyłem fakty. Była to krew. Dużo krwi. Moje oczy zaświeciły teraz podobnie jak kilka z moich run znajdujących się na moim ciele. W ciemności zauważyłem błyszczące oczy o kolorze świeżej krwi. Osobnik zbliżył się nie znacznie i rzucił ciało kilka metrów przede mnie. Holle również zbliżyła się co pomogło mi zobaczyć ciało.
- Krwi już nie potrzebujesz lisku, ukochana Hakaela już nie żyje.
- Naamah..?
- Witaj tato, miło cię widzieć.
Uśmiechnęła się nieznacznie po czym zdenerwowana Holle zniknęła.

czwartek, 5 lipca 2018

Od Nienny cd. Walter


Pomysł odwiedzenia śmiertelnego labiryntu podniecał mnie. Nie oszukujmy się… Jednak mimo to, wszyscy uważali mnie za cichą i spokojną waderę, którą łatwo jest pomiatać i rzucać po kątach jak to było kiedy wychowywałam się pośród dzieci Len’a. Tak, chodziło mi głównie o Hvit, która starała się zrobić na ojcu lepsze wrażenie niż ja, bo przecież to jej ojciec, nie mój, ja byłam przybłędą z wrogiego terenu, Len o tym wiedział, jednak nadal nie wiem czy wiedzą to moi przybrani bracia i siostra. Nie wiedziałam, czy to wszystko co we mnie jest mną czy jest Syanną… Jeśli to była moja siostra, to naprawdę dziękuję jej z całego serca, że dodaje mi siły, jeśli tak nie jest, to ja nie wiem kim jestem. Zawsze tłumaczyłam sobie moje umiejętności dodatkową siłą otrzymaną od niej, nie chciałam wierzyć, ze jestem w stanie coś znaczyć, coś więcej. Dla siebie ta prawdziwa ja jest nawet nie godna życia. Wyglądam… no, gorzej niż śmierć pewnie. Taka chudzina, ledwo trzymająca się na nogach. Moją jedyną oznaką potęgi były moje skrzydła otrzymane od Piewcy… Traktował mnie jak ojciec, uczył wielu rzeczy, w tym wytrzymałości w radzeniu sobie ze strachem. Dzięki niemu strach i ryzyko sprawiało mi radość. Co innego widziałam w twarzy Waltera. Może to źle, że go w to wciągnęłam? Nie chciałabym, żeby coś mu się stało… Ten strach w jego oczach jednak mieszał się z ciekawością. Najgorsze było to, że swoją niepewnością stwarzał mi mętlik w głowie i nawet ja zaczęłam odczuwać obawę przed tym co może nas czekać. Ciężko było przedrzeć się przez ten pęk różnych korytarzy, z których każdy z reguły kończył się prędzej czy później ślepą uliczką. A może by tak…
- Ale jestem idiotką!
Warknęłam sama na siebie i zatrzepotałam swoimi skrzydłami. Spojrzałam na brata unosząc się nad ziemią.
- Poprowadzę nas.
- Nie jestem pewien czy to dobry pomysł.
Rozejrzałam się dookoła mrużąc oczy delikatnie gdyż mój obraz był jakiś zamglony.
- O! Widzę środek, musimy się cofnąć i…
- Uważaj!
Walter krzyknął nagle co zdekoncentrowało mnie i spojrzałam za siebie, a następnie przed siebie jednak przed moimi oczami zauważyłam przekrwione zielone ślepia z wąską źrenicą. Wystraszyłam się… Do tego stopnia, że spadłam na ziemię z hukiem. Pokręciłam głową na boki próbując złapać kontakt z rzeczywistością. Zauważyłam tylko cień poruszający się przede mną. Nachylił się nade mną i dotknął moje czoło. Poczułam uderzające w moje ciało niepokojące zimno i nagle zaczęłam stopniowo opadać z sił, a moje powieki ciążyły mi okropnie. Kiedy je zamknęłam przed swoimi oczami zobaczyłam Enchantress i Hakaela… Razem. Wyglądali jakby się żegnali i każdy z nich był lekko przytłoczony smutkiem. To było dziwne uczucie. Otworzyłam szybko oczy i poderwałam się na nogi odskakując na bok od cienistej postaci. Wzniosłam się w powietrze i wykorzystując część swojej energii zniknęłam z pola widzenia owego czegoś. Spojrzałam na wycofującego się Waltera, który próbował walczyć z upiorem, a raczej demonem, który zjawił się tuż przed moją twarzą. Skuliłam się lekko i wymachując mocno skrzydłami wyrzuciłam przed siebie w stronę cienia sporą ilość piór. Te niestety zamiast w niego uderzyć przeleciały przez niego co nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
- Cholera!
Wrzasnęłam i zeskoczyłam na ziemie tuż obok basiora. Coś lub ktoś musiał by sprawić, że niematerialne coś zamieni się w materialne, inaczej nie miałam nawet szansy go zaatakować, a co dopiero zabić. Musiałam zaryzykować i spróbować mocy, która zawsze sprawiała mi tyle trudności…
- Walter, odsuń się proszę.
Powiedziałam do niego przez zaciśnięte zęby co jakiś czas cofając się. Basior spojrzał na mnie badającym wzrokiem.
- Nie mogę, nie zostawię cię tutaj.
Odpowiedział mi na co mruknęłam z niedowierzaniem.
- Walter, tu chodzi o twoje życie.
- O twoje również.
- Proszę cię. Muszę użyć mocy nad którą nie mam kontroli. Nie chce ci zrobić przez przypadek krzywdy więc odsuń się TERAZ.
Spróbowałam mu wytłumaczyć to co zamierzam zrobić, jednak sama nie wiedziałam czy to mi się uda. Mój brat odsunął się stając za mną, a ja sama nabrałam głęboki oddech i zamykając oczy uniosłam głowę ku górze. Przesunęłam się parę kroków w przód by zapewnić większe bezpieczeństwo Walterowi po czym uniosłam się w powietrze i uderzyłam skrzydłami wywołując tym samym kulę lodu. Z trudem kontrolując jej lot wymierzyłam w postać cienia. Mimo wszystko udało mi się trafić w niego największą cząstką. Powtórzyłam to jeszcze raz tym razem trafiając celnie. Po paru chwilach oblodzona krzywa postać wybuchła, a drobne kawałeczki rozsypały się po najbliższej okolicy. Spodziewając się tego zbliżyłam się maksymalnie do Waltera i rozpościerając skrzydła ochroniłam go przed lecącymi odłamkami. Nagle poczułam ukłucie w okolicach serca, co spowodowało, ze zamknęłam oczy. W tym samym momencie urwał mi się oddech i zastygłam w bezruchu. Straciłam władzę nad skrzydłami i upadłam na ziemię po raz kolejny. Spojrzałam na swoją klatkę piersiową i przełknęłam ślinę. Moje ciało zaczęło drżeć, a głowa osunęła mi się na ziemię. Zbierając resztki sił i łapczywie łapiąc powietrze do płuc wyszeptałam ciche – „uciekaj, ja… ja miał-am umrz… umrzeć”. Spojrzałam na demona zbliżającego się w moją stronę, a moje oczy zamknęły się…

Walter?

Od Hakaela cd. Xena i Revan


Spoglądałem ciekawsko na obie wadery, które nieświadomie walczyły o uwagę dla swojej osoby. Nie uważałem to za złe jednak im bardziej będą się kłócić o każdą pierdołę tym większe problemy będą nas czekać. Muszą dojść do porozumienia, inaczej będzie naprawdę ciężko.
- Oj Xencia, nie bądź zazdrosna. Po za tym Revan ma rację, odpocznij, wypij herbatkę, najedz się, porozmawiajcie chwilę o czymś… przyjemnym.
Przewróciłem oczami i uniosłem łapę nieco ponad ziemię.
- Muszę na chwilę wyjść…
Uśmiechnąłem się delikatnie puszczając oczko do Revan. Podszedłem do Xeny.
- Liczę na ciebie, nie zawiedź mnie.
Szepnąłem jej do ucha uśmiechając się nerwowo po czym wystrzeliłem z jaskini i popędziłem w wcześniej zwiedzonym przeze mnie kierunku. Niestety mimo wszystko nie mogłem tutaj znaleźć wszystkiego co potrzebowałem, mimo to udało mi się znaleźć takie zioła jak mięta, złocień i wygrzebałem troszkę miodu na piekący ból w gardle. Cholera, od takich rzeczy powinni być medycy, a na końcu okazuje się, że leczyć trzeba się samemu, bo oni albo nic nie wiedzą, albo ich w ogóle nie ma. Mam już dość tego cholerstwa zwanym chorobą. Dosłownie wykończony psychicznie wróciłem do jaskini gdzie zostawiłem Xenę i Revan. Myślenie pół godziny czy to mięta czy pokrzywa czy inne nie wiadomo co naprawdę doprowadza do szału. Muszę coś z tym zrobić…  Stanąłem u wejścia do jaskini i spojrzałem w jej głąb. Zobaczyłem tam leżącą, chyba zanudzoną na śmierć Xenę i siedzącą obok drugą waderę, która próbowała złapać z moją towarzyszką nieco kontaktu, trochę mało skutecznie. Wkroczyłem pewnie do środka z ziołami, które trzymałem w zębach. Xenka spojrzała na mnie na co tylko się wyszczerzyłem.
- Wybacz kochanie, ale nie dla ciebie ten bukiecik dzisiaj, innym razem.
Widziałem jej irytację w oczach jednak lubiłem to uczucie.
- Czy możesz w końcu przestać?!
Mruknęła niezadowolona podnosząc głowę z ziemi.
- Cały czas kochanie, słoneczko. Po prostu mam dość.
Wstała, jak gdyby chciała wyjść jednak szybko zaszedłem jej drogę spoglądając na nią gniewnie. Uniosłem lekko brew ku górze mierząc ją wzrokiem.
- Dokąd się wybierasz? Czyżbyś chciała zwiać? Teraz?
Wadera przysiadła na tylnych łapach machając ogonem z uśmiechem na pyszczku.
- Wiesz, że nie możemy teraz tego zrobić, jesteśmy już zbyt blisko, żeby się poddać, rozumiesz?
Na to zdanie Xena odpowiedziała jedynie spojrzeniem na siedzącą za nią waderą po czym przeniosła wzrok na mnie.
- Dobrze wiesz, że w dwójkę nie damy rady… Nie mamy pewności czy mimo tego, że jestem betą w Plemieniu Ognia Nienna zgodzi się na taki szalony pomysł. Nie jest głupia… Jest młoda, ale nie głupia…
Westchnąłem cicho.
- Ja sam potrzebuje teraz odpoczynku, muszę z siebie wyciągnąć to choróbsko. Póki co, Revan pozwala nam tutaj być to wykorzystajmy to, a potem wykorzystany ją by osiągnąć wspólny cel.
Uśmiechnąłem się delikatnie z lekko przymrużonymi oczyma.
(…) Podniosłem się ospale z ziemi i wyprostowałem przednie łapy przed sobą kładąc się lekko na podłożu. W końcu poczułem się lepiej, po takim czasie musiałem. Czułem wystarczająco dużo sił by móc zawalczyć o swoje, o swoją pozycję. Już na samą tą myśl uśmiechnąłem się do siebie delikatnie.
- No  czego się tak szczerzysz z rana?
Zapytała Xena z pełnym pogardy tonem głosu.
- Możemy działać skarbie.
Zaśmiałem się cicho. W tym śmiechu było więcej szaleństwa niż można byłoby się po mnie tego spodziewać.
- Czas zacząć zabawę pysiu.
Dodałem spoglądając na waderę znaczącym wzrokiem. Xena wyszczerzyła kły w uśmiechu.

Xena? Revan?

Od Nocturny do Dante

Spojrzałam w oczy ojca, które jasno wyrażały iż był ze mnie niezdowolony, spuściłam łeb spoglądając w ziemię i westchnęłam ciężko.
- Przepraszam tato.- Szepnęłam zerkając co chwilę w jego niebieskie ślepia.
- Mogłaś zginąć!- Krzyknął nim doszłam do kolejnego słowa, już miałam otwarte wargi by coś powiedzieć, jednak moim zachowaniem go zawiodłam... i nie tylko jego, gdyż mama (której nawiasem mówiąc nie było przy tym, ale się wszystkiego dowiedziała) też nie była zbyt szczęśliwa z tego powodu, że mogłam zwyczajnie kaputnąć.- Naraziłaś swoje rodzeństwo na niebezpieczeństwo, rozumiesz? Masz zakaz wychodzenia z domu do odwołania.
A wszystko zaczęło się pewnego słonecznego dnia, kiedy to łaskawie raczyłam ruszyć pupę z domu i wreszcie wyjść na świeże powietrze... Zamerdałam ogonem widząc czarnego basiora o błękitnych ślepiach, które z radością się we mnie wpatrywały, nie wymieniłam z nim jednak ani jednego słowa, gdyż ten był po prostu zajęty swoimi sprawami... taak oto mój ojciec, najwspanialszy i najkochańszy, najcudowniejszy jakiego tylko można sobie wymarzyć- Dante.
Pobiegłam do reszty mojego rodzeństwa bawiącego się gdzieś na uboczu w chowanego, bez zbędnej gadki dołączyłam do zabawy irytując tym samym pierworodną, Ivette spojrzała na mnie z góry i uśmiechnęła się wrednie, sama w sumie nie rozumiałam w czym miała problem, przecież byłyśmy rodzeństwem, więc tym bardziej chyba mogłam się włączyć do zabawy. Pomiędzy mną a niewiele starszą siostrą wywiązała się kłótnia, albo ja albo ona się przechwalałyśmy jakie to jesteśmy wszechwiedzące, jak to dobrze znamy rodziców, jak wszystko potrafimy.
- A zabijesz smoka?- Zapytała unosząc brew do góry. Prychnęłam jedynie spoglądając z dumą w swoich oczach i z widoczną wyższością. Co to było w końcu dla mnie? Byłam córką jednego z nasilniejszych basiorów... o ile w ogóle nie najsilniejszych, uśmiechnęłam się pod nosem spoglądając na wadere, która wyszczerzyła ząbki patrząc na mnie wrednie.
-Oczywiście.- Odparłam po chwili ciszy, miałam wrażenie, że trwała ona wieczność, tym bardziej że przez dłuższy czas zastanawiałam się gdzie znaleźć smoka, istniały przecież tylko w baśniach i legendach opowiadanych przez naszych rodziców na dobranoc.- Znajdę smoka i zabiję go własnymi łapami, przyniosę wam łuskę na znak jego śmierci.- Odrzekłam władczym tonem, pełnym pewności siebie, rodzeństwo spojrzało na mnie jak na idiotkę i zaczęło się śmiać... zawarczałam głośno patrząc na nich i położyłam puszyste uszy po sobie. Nikt nie doceniał moich umiejętności, denerwowało mnie to co słyszałam wokół siebie, wszystkie śmiechy i obelgi w moim kierunku, zdenerowana wybiegłam z obozu upewniając się, że nikt ze strażników mnie nie widział. Rozglądałam się wokoło siebie szukając jakiegokolwiek śladu smoka, jednak poszukiwania były trudne i po godzinie zwątpiłam, że cokolwiek znajdę... aż tu nagle zauważyłam drzewo... dość duże drzewo, a na nim gigantyczny ślad pazurów, który był lekko też przypalony. Wyglądało to bardzo imponująco i aż otworzyłam pyszczek ze zdziwenia... To one istnieją! Podskoczyłam radośnie i zaśmiałam się, wreszcie pokażę mojemu rodzeństwu gdzie ich miejsce, zauważyłam na ziemi kolejne ślady ogromny łap i podążyłam za nimi... prowadziły one do jaskini u stóp jakiejś góry... bez namysłu do niej weszłam i poczułam, że jest mi niesamowicie ciepło... Smok spał spokojnie w wejściu, miał złoto-pomarańczowe łuski i  był naprawdę wielki... z pewnością przysłoniłby całe słońce samym swoim ciałem, zastanawiałam się jedynie jak go zabić... zapewne miał łuski nie do przebicia... ale zaraz zaraz... obiecałam tylko łuskę. Wystarczy ją tylko wyrwać, nikt nie zorientuje się że kłamię. Podeszłam do jego olbrzymiego cielska, jego łapa z pewnością by mnie od razu zmiażdżyła, została by ze mnie tylko mokra czarno-czerwona plama. Chwyciłam zębami za jedną z miniejszych łusek, która była wielkości dwóch moich oczu, zaparłam się w ziemi i zaczęłam ciągnąć, trzask! Udało się! Wylądowałam ze złocistą łuską na ziemi, spojrzałam na nią zachwycając się owym przedmiotem, była piękna zupełnie jak złoto... nagle poczułam za sobą gorący oddech, odwróciłam się i las wypełnił pisk, szybkim ruchem wzięłam łuskę i zaczęłam uciekać w kierunku obozu wołając przy tym o pomoc.
- Tato! Mamo! Smok!- Krzyczałam cały czas uciekając, smok niemalże spalił mnie, ale zaczęłam biec jakąś podziemną jaskinią, która pod wpływem ognia zamieniła się w jeden wielki piekarnik, prawie się udusiłam, ale zaraz wybiegłam drugim wyjściem na zewnątrz, chyba jeszcze nigdy tak nie biegłam. Już blisko... mój pisk poderwał rodzeństwo do biegu i skryliśmy się w swoim małym domu, kiedy poczuliśmy dym... przed nami widniały języki ognia, po chwili zaczęliśmy kaszleć, niektórzy zaczęli wyć o pomoc, a mi się urwał film...
<Dante? Co zrobisz? Przepraszam, że takie krótkie :c>

wtorek, 3 lipca 2018

Od Walter'a- Quest 1

Skąpe promienie słońca dostały się do moich lekko uchlonych oczu, podniosłem delikatnie pysk, spoglądając na budzący się do życia las, a śpiew ptaków docierał do moich stulonych z zimna uszu. Poczułem, że coś jest nie tak, spojrzałem pod siebie i dostrzegłem wodę... no tak wieczorna ulewa zalała nie tylko moją jaskinię, która była najwyżej położoną kryjówką na terenie wodnych wilków, ale też zapewne dużą część terenów, zwłaszcza tych przy zbiornikach, otrzepałem się z chłodnej cieczy pozwalając sierści aby nieco się zapuszyła. Dostrzegłem, że mój kamienny sufit znów przecieka jak to bywało podczas ulewy i dzień po niej... woda zbierała się w kamiennych szczelinach na  mojej jaskini i takim oto sposobem miałem potok... i wodospad niagara. No cóż, czas było ruszyć mokrą pupę z jaskini i poszukać żywicy, co po takim ulewnym dniu jaki miał miejsce wczoraj było po prostu utrudnione, ale mimo to wyszedłem ze swojego zalanego domku i westchnąłem cicho spoglądając na iglaki rosnące najbliżej mojej jaskini. Zmierzyłem je wzrokiem jednak niczego konkretnego nie dostrzegłem, dlatego podąrzyłem dalej... łapy grzęzły mi w błocie i często lądowałem właśnie w tej mazi brudząc jeszcze bardziej swoją sierść... po kilku godzinach kąpiel była wręcz pewna, ale przynajmniej miałem to co chciałem... w kamiennym wisiorze przypominającym szklaną probówkę trzymałem złoto-pomarańczowy płyn, który powoli zastygał... musiałem się pospieszyć, chociaż błoto mi tego nie ułatwiało... nagle wyrżnąłem orła i połowa mojego kochanego płynu wylała się... w ostatnim momencie chwyciłem wisior w  pysk, tak aby reszta się nie wylała. Zaklnąłem cicho pod nosem...
- Piątek trzynastego? - Usłyszałem nad sobą głos i spojrzałem właśnie w tym kierunku, był to Cobalt... jeden z członków mojego plemienia. Podniosłem się do pionu patrząc mu w oczy i uśmiechnąłem się niewinnie.
- Nie wierzę w takie przesądy.- Odparłem rozbawionym tonem. Wzrok basiora powędrował w błoto i zaśmiał się.
- Widzę, że Tobie też jaskinia przecieka... Ta ulewa dała nam popalić. Dużo jezior i rzek wylało, ale to przynajmniej ułatwione polowanie... nie wszystkie zwierzęta w końcu umieją pływać.-Stwierdził spoglądając na mnie... miał rację polowanie mieliśmy ułatwione, ale czy aby na pewno? Sam ledwo wyrabiałem na tym błocie, byłem już brudny a moja sierść sklejona i poszarpana we wszystie strony. Wróciłem do jaskini i zacząłem kleić dziurę tym co mi zostało, po czym ułożyłem się wygodnie pod tą dziurą opatuliłem się ogonem i zwyczajnie zasnąłem.
Po jakimś czasie, który miałem wrażenie że trwał chwilę obudziłem się... coś kapało mi na głowę, podniosłem czajnik do góry spoglądając na spadające krople i nagle zmoknięta żywica wylądowała na moich oczach z głośnym plaskiem, a zaraz po tym spadło na mnie chyba hektolitr wody... w sumie prysznic jakby nie patrzeć mi się przydał, ale żywica przykleiła się do sierści wokół moich oczu przez co nic a nic nie widziałem... spróbowałem znaleźć jakiś zbiornik wodny aby się umyć, ale niestety w moim położeniu akurat nie było żadnych jezior gdzie mógłbym wskoczyć i się po wilczemu umyć.
Chcąc nie chcąc szedłem na ślepo wpadając to w drzewo to w jakiś kamień, albo wywalając się w błoto... klasyk.
Kiedy kolejny raz wszedłem w jakąś roślinę, zirytowało mnie to i zacząłem klnąć na cały las dodając do tego głośne ,,chcesz się bić?!", wkróce ześlizgnąłem się z górki, mało co nie łamiąc sobie karku przy okazji i kiedy znalazłem się już na dole mój tyłek na chwilę zawisł w powietrzu, ale zaraz opadł a ziemię... pod pyskiem poczułem wodę... tak wreszcie! Uratowany! Wreszcie zmyje to żółte gówno ze swoich pięknych bursztynowych oczów.
Bez namysłu wskoczyłem do wody i nagle poczułem, że się obracam a prąd wody znosi mnie w jednym kierunku... Zaraz? Co? Czy ja jestem w rzece? Z rozpaczy zacząłem wyć, aż ktoś w końcu mnie wyciągnął... żywica puścia z moich oczu i wreszcie mogłem cieszyć się kolorowym światem...
Polowanie też nie było zbyt udane...  skoczyłem za zającem prosto w jego jamę.. tak głowa utknęła mi w jamie... zastanawiałem się w takich chwilach co myślą o mnie moi podwałdni? Ech... wyglądało na to, że dziś nic nie zjem... na zakończenie dnia wpieprzyłem kilka łap owoców leśnych, po których w nocy było mi niedobrze...  no właśnie.  Uczucie zaniepokojenia towarzyszące mi od rana nie opuszczało mnie, tym bardziej że miałem wrażenie, iż ktoś mnie obserwuje... spoglądałem cały czas w wyjście z mojego przytulnego przeciekającego domku i zamknąłem oczy by zakończyć ten dzień... ale zanim to się stało przed oczami mignęła mi sylwetka wilka... zaraz, zaraz... co? Poderwałem się spoglądając na wilka wrogim wzrokiem... nie czułem ani zapachu nie słyszałem kroków... kim jest?
Była to chuda wadera, a pięknym puszystym, liliowym futrze, który przechodził w biały, jej oczy  były tego samego koloru, delikatnie mleczne bez źrenic... obwódki miała ciemniejsze... moje zainteresowanie rosło z każdą chwilą, kiedy nagle zaczęła uciekać.
- Hej! Poczekaj!- Zawołałem za nią, rzucając się w bieg. Jasna poświata bijąca od niej wpadała mi w oczy, co dodatkowo utrudniało mi dogonienie jej... nie widziałem wilczycy w ogóle w tym świetle. Wkrótce zabłądziłem, rozejrzałem się dookoła siebie i skręciłem gdziekolwiek, wreszcie dostrzegłem ją.- Dlaczego uciekłaś?- Zapytałem, ale nagle odwróciła się i skoczyła mi do gardła.
Obudziłem się ciężko dysząc i patrząc na swoje łapy, byłem przerażony tym snem... był tak realistyczny... Rozejrzałem się, nagle w moje ślepia wpadła znajoma mi sylwetka, ta sierśc, oczy i wszystko. Zupełnie jak ta wadera ze snu! Podszedłem niepewnie do niej, przyglądała mi się ze stoickim spokojem i z delikatnym uśmiechem na pysku, to ją różniło od samicy ze snu.
- Kim ty jesteś? Dlaczego mnie prześladujesz?!- Warknąłem patrząc w jej oczy przepełnione czułością i delikatnością.
- Nazywam się Sayuri i jestem Twoją patronką Walterze.- Jej słowa utkiwły mi w głowie... nie rozumiałem. Po co mi patron? Nie potrzebuje go!- Miło mi Cię wreszcie poznać osobiście.
- Kontrolujesz sny?
- Powiedzmy, że tak jest.- Zaśmiała się delikatnie i usiadła na suchej podłodze jaskini.- Miałeś ciężki dzień prawda?
- Może... Skoro jesteś moim patronem to powinnaś takie rzeczy wiedzieć, panienko.- Prychnąłem zirytowany jej przesłodzonym głosem i odwróciłem wzrok. Jak ktoś  o takim irytującym głosie mógł być moim patronem, aghr!
Wadera przechyliła uroczo głowę i coś czułem, że prędko sobie stąd nie pójdzie... i o dziwo się nie pomyliłem.


1010 słów  c:  

Od Eline CD Walter'a

Zszokowana tym, że leżę na jednym z dwunogów i otaczającymi nas ohydnymi wilko-dwunogami, nie mogłam się ruszyć. Chciałam teraz znaleźć się w plemieniu nocy, zasypiając w przytulnym miejscu, a tymczasem przez swoją głupotę jestem tutaj, na granicy życia i śmierci. Czułam się taka mała i bezsilna - "Życie to tylko nędzny aktor na scenie co puszy się i miota przez godzinę a później znika. Wszystko kiedyś przejmija, wampirze." - usłyszałam przerażające słowa dwunoga, na którym leżałam. Wstrząsnęły mną tak, że dreszcz przebiegł po moim bezwładnym ze strachu ciele. Nienawidziłam swojego obecnego położenia, marzyłam żeby umieć znikać i zniknąć stąd, za nim będzie za późno. Nagle poczułam coś dziwnego. Dwunog, który mnie obronił, przejechał delikatnie przednią łapą po moim ciele, co mnie trochę uspokoiło. Zamknęłam oczy, odgłosy bitwy wirowały i rozmywały się w mojej głowie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale miałam przeczucie, że to nic dobrego. Dopiero jak bitwa stopniowo ucichła, zmusiłam się by je otworzyć i to co zobaczyłam zostanie mi w głowie na zawsze. Mój obrońca miał zamknięte oczy i wszędzie dookoła niego była krew. Na zakrwawionej ziemi leżało parę martwych ohydnych wilków a między nimi stały te z plemienia. Zdecydowałam się ruszyć i zejść z wilka-bohatera, który ocalił mi życie i stanąć na tej wstrętnej ziemi. Nawet nie zauwarzyłam jak poradziłam sobie z nogą, nareszcie znalazłam sposób jak chodzić na trzech łapach. Wilk z jego plemienia wziął nieruchome ciało, na którym leżałam i zabrał je w kierunku tych skał, gdzie było plemię, reszta poszła za nim. Zostałam sama pośród martwych ohydnych ciał. Pomyślałam, że pójdę za nimi, przecież teraz tutaj nie zostanę! Szłam kulejąc za wilkami z plemienia i rozglądałam się. Zapadła noc, las wyglądał jeszcze straszniej gdy na niebie panowała ciemność, tylko od czasu do czasu rozświetlały je gwiazdy. Gdy doszliśmy do celu, wilk który trzymał ciało bohatera zwrócił się do mnie - Teraz wracaj skąd przyszłaś, nie potrzebujemy cię tu! - warknął, a ja po raz pierwszy w życiu poczułam, że nie mogę teraz odejść, nie kiedy mój obrońca może umrzeć! Stwierdziłam, że tak szybko się mnie nie pozbędą - p-proszę, tylko pó-póki się n-nie obu-obudzi - powiedziałam obrzucając go błagalnym spojrzeniem i jąkając się ze strachu. On zmierzył mnie wzrokiem i przez ramię dorzucił - śpisz na dworze! - po czym odszedł z ciałem, a za nim reszta wilków. Uradowana swoją "wygraną" uświadomiłam sobie jego słowa "śpisz na dworze" i trochę popsuło mi to chumor. Jeszcze chwilę patrzyłam jak ciało bohatera wnoszą do jakiejś jaskini i wszyscy się rozchodzą. Zostałam sama, stojąc na skale, w której szczelinie ostatnio się schowałam. Już miałam się kłaść gdy przypomniałam sobie, że właśnie w tej kryjówce mogłabym się położyć. Ostrożnie zeszłam w dół skały i weszłam przez szczelinę. Było tam dla mnie dość miejsca do spania, więc nie czekając już skuliłam się. Długo nie mogłam zasnąć, myślałam o tym wszystkim, a najbardziej bolało mnie to że niewinny wilk obrońca, teraz tam może umrzeć przeze mnie. Gdybym była choć odrobinę mądrzejsza zostałabym w plemieniu, ale jak widać mądrość nie jest moją mocną stroną - przepraszam - powiedziałam szeptem do wilka bohatera, choć on mnie nie słyszał. Łzy zalewały mi twarz i spływały na ziemię. Zasłoniłam oczy łapami i leżałam tak przez chwilę. Gdy trochę ochłonęłam ułożyłam głowę na łapach i zasnęłam.
~~~
Wstałam i jak przez ostatnie dwa dni, poszłam kulejąc zrezygnowana do mojego obrońcy. Jeśli się nie obudzi to prędzej czy później będę musiała wrócić. Stanęłam u wejścia do jaskini, wyobrażając sobie co tam zastanę. Gdy się zdecydowałam na pierwszy krok - weszłam tam. Ku mojemu zdziwieniu wilk miał otwarte oczy i rozglądał się dookoła. Szczęśliwa, że nareszcie się obudził podeszłam energicznie do niego - Nareszcie się obudziłeś! Wiesz jak się martwiłam! - obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem - Tak mnie ratować a potem sobie spać przez trzy dni! Musiałam spać sama na dworze! - po chwili się skuliłam - Dziękuje, że mnie uratowałeś... I przepraszam, że tutaj za tobą przyszłam..
<Walter?>

Od Walter'a CD Eline

Moje ucho drgnęło... słyszałem dokładnie wszystko w promieniu kilku kilometrów... Nagle przez nieuwagę wampir zatopił w mojej szyi kły, syknąłem drapiąc go  w oko i uciekając, przez chwilę dziwnie się czułem, jakby coś się we mnie zmieniło. Nie zwróciłem na to mniejszej uwagi tylko biegłem w tym kierunku gdzie słyszałem piski, coraz bardziej narastające  z każdą sekundą z którą zbliżałem się do owego miejsca.
Biegłem ile sił w nogach,  nagle dostrzegłem sylwetkę krwiopijcy w którego wbiłem swoje kły i zacząłem machać głową tarmosząc nim po ziemii jednocześnie wyrywając kawałki mięsa, agresja jaka się we mnie wzbudziła aż mnie zaskoczyła, nigdy czegoś takiego nie czułem szybkim ruchem powaliłem go na ziemię, jednak wampir nie dał za wygraną i kłapnął zębami tuż pod moją brodą, zachowałem powagę i wkrótce sam się przemieniłem w swoją ludzką postać. Odskoczyłem na nieznaczną odległość od mojego przeciwnika i spojrzałem mu w oczy, widać było że jest zdumiony i zszokowany, jednak był jeszcze bardziej kiedy srebrzyste nici oplotły go całego i pod wpływem ruchów moich palców przecięły go na pół... teraz delikwent zaczął płonąć niebieskim ogniem, co wywołało uśmiech na mojej twarzy.
- Wykończę was krwiopijcy.- Stwierdziłem przyglądając się jego złowrogim tęczówkom, w których widziałem nienawiść... Wampiry coraz częściej mnie odwiedzały i zacząłem się zastanawiać czy to aby przypadek? Cóż... nie wiem, ale nie chciałem widzieć ich na terenach naszych plemion. Krew spłynęła po mojej głowie kiedy ich przywódca drasnął mnie swoją bronią, kula nie utkwiła zbyt głęboko gdyż zdąrzyłem nieco się wybronić tarczą stworzoną z ciasno zaplecionych nici, jednak i tak została zerwana. Lepka ciecz zalała mi oczy i wkrótce nic nie widziałem, ale oprócz krwi czułem jego zapach, słyszałem jego kroki stawiane na zakrwawionym piachu. Złapałem się za ranne miejsce próbując zatamować krwotok... Uśmiechnąłem się psychopatycznie, kiedy ten wbił ostry nóż w moje gardło, a krwi na ziemi było jeszcze więcej... Jednak teraz nie była pora na umieranie, a jeżeli miałem umrzeć to z godnością broniąc mojego plemienia. Szybkim ruchem zahaczyłem przewodami o jego nogę i pociągnąłem sprawiając, że się wywrócił. To teraz... teraz moja szansa! Rzuciłem się prosto w jego kierunku  ogłuszyłem go pierwszym lepszym kamieniem... Pochwyciłem młodą waderę, chowającą się wciąż w swojej kryjówce i uciekłem bez słowa w głąb lasu. Kiedy już znalazłem się obok jeziora uśmiechnąłem się nieznacznie do siebie i padłem na ziemię nie mogąc się już ruszyć, gdyż mojej krwi było coraz mniej... ach gdyby tu była teraz Aloive... ale jej nie było. Spojrzałem w bok czując obce dla mnie zapachy, kolejni się zbliżali a ja nie mogłem nic zrobić gdyż byłem słaby... tak przyznaję, jestem słaby, mimo iż jestem potomkiem Alfy Plemienia Ciszy, który narobił niezłego bajzlu wśród wszystkich.
- A więc to tak, ojcze?- Zacząłem się śmiać nerwowo w obliczu czekającej na mnie śmierci, zbliżała się do mnie wielkimi krokami.- A więc to takie uczucie kiedy się umiera?- Splunąłem krwią na piasek trzymając kurczowo kulącą się waderę, która leżała nieruchomo na mojej klatce piersiowej... mogłem ją tam zostawić, ale prawdopodobnie i tak by zginęła.
Zobaczyłem kilka par czerwonych ślepi wśród tych wszystkich chaszczy, które otaczały jezioro... Spojrzałem śmierci w oczy i zaśmiałem jej się prosto w twarz kiedy nade mną stanęła.- Ja się Ciebie nie boję.- Warknąłem z delikatnym uśmiechem na twarzy, któy nadal mi z niej nie znikał.- Życie to tylko nędzny aktor na scenie co puszy się i miota przez godzinę a później znika. Wszystko kiedyś przejmija, wampirze.- Zmrużyłem oczy nie odrywając od niego rozbawionego wzroku, pod dłonią, która spoczywała na plecach wadery poczułem lekkie dreszcze wilczycy, przeszły ją prawdopodobnie od moich słów i obecności wampira, chociaż nie byłem tego pewien. Pogładziłem dłonią jej miękkie futerko spokojnym ruchem, a drugie ramię, które spoczywało na ziemi lekko się uniosło, ale zaraz zostało przygniecione butem wroga, zawyłem głośno z bólu kiedy poczułem jak miażdży mi kości i je praktycznie kruszy.
- To koniec Walterze.- Szepnął kiedy kaszlnąłem krwią jeszcze raz, ale moje plemię oczywiście okazało się niezastąpione i ruszyło mi na ratunek... Dallas pochwycił za rękę władcę, a reszta zajęła się innymi przeciwnikami. Mężczyzna syknął z bólu, ale stary basior nie dawał za wygraną... musiał wygrać i ja wiedziałem, że tego dokona. Oczywiście przywódca stchórzył, jak parę innych jego kompanów zginęło i po raz kolejny zniknął cicho szepcząc...- Ja tu jeszcze wrócę i się z Tobą policzę, drugi Lenie.
- Walter nic Ci nie jest?- Zapytał basior spoglądając na mnie... nie wyglądałem najlepiej i tak się też czułem... po prostu miałem dziwne przeczucie że słabne i że jest ze mną coraz gorzej.
- Chyba nie... Przeżyję.- Mruknąłem cicho zamykając oczy zmęczony... nie słyszałem już nic.
Spałem przez trzy dni regenerując siły... jednak nie spodziewałem się, że po tym ból będzie jeszcze gorszy. Teraz kiedy byłem już w swojej normalnej wilczej postaci kolejny raz mogłem poczuć, że coś się we mnie zmieniło... ale co? Sam nie wiem. Rozejrzałem się dookoła szukając młodej wadery, którą niedawno uratowałem
<Eline?>

poniedziałek, 2 lipca 2018

Od Dante Cd Rigel, Walter

(opowiadania na chwilę obecną będą pisane trzecią osobą)
Czarny wilk zbliżył się wraz z innymi do znanego mu drzewa. To właśnie tam zbierało się pięć plemion, aby omówić nowe informacje i sukcesy. Pamiętał doskonale, kiedy zza młodu razem z Lenem udawał się na te spotkania. Chociaż był pewny siebie, to przeszkadzało mu wiecznie wlepione w niego spojrzenia innych wilków. Zimne, srogie oczy obserwowały każdy ruch, jaki wykonywał i to go denerwowało. Widział wtedy uczniów, dawniejszych wrogów, nawet przyszłych przyjaciół. Patrzył na to z obojętnością, wszystko miał gdzieś. Liczyła się tylko atencja i władza, nic więcej. Teraz musiał się udać w to miejsce jeszcze raz, tym razem jednak spotkanie miało się odbyć samotnie, bez reszty plemion. Tylko oni, nieznajomi nie byli mile widziani.
Dante wstawił łapę do środka jako pierwszy, rozglądając się za sobą. We wnętrzu jak zwykle panowała ciemność, gdzieniegdzie blask księżyca padał na wielki kamień znajdujący się na środku Sali. Kora, choć wytrzymała, spadała już kawałkami na ziemię. Dąb widocznie był stary, pochodził jeszcze zza czasów Florencji i Hansela, alf przeciwnych sobie żywiołów. Wszędzie znajdowały się lepkie pajęczyny i kurz, świadczące o długiej nieobecności wilków. Według ksiąg mieszczących się w Plemieniu Ziemi, zgromadzenia odbywały się co miesiąc, w pełni księżyca. Basior rozejrzał się jeszcze raz. Wątpił w regularność świętych spotkań, brud panoszył się wszędzie. Prościej mówiąc, świątynia została zaniedbana.
‘’Zdrajca’’ Ciszy nerwowo patrzył na białego wilka. To jemu wpadł nowy i wręcz szalony pomysł na uratowanie wygnanych członków. Świetliste tęczówki Takeru niemalże znikły pod rozszerzonymi źrenicami, kiedy ogarniał wzrokiem grupkę samotników. Basior dumnie wyprostował się i wskoczył na omszony kamień. Mokre łapy otulił swym lisim ogonem, a z jego ust wytoczyły się pierwsze słowa pełne smutku, chociaż wygrał razem z innymi bitwę.
- Myślę, że doskonale wiecie, dlaczego tutaj jesteśmy. Przyszliśmy w to miejsce, aby omówić ważną kwestię. Z własnej woli wyrzuciliśmy się z naszych domów po to, aby zapobiec zwycięstwu Lena. Udało się to i dobrze, jednak teraz my nie mamy gdzie się podziać. Wiem, moglibyśmy się rozdzielić i pójść we własne strony, ale czy to ma sens? Czy ma sens to, aby działać samemu, być słabszym? Razem zawsze jesteśmy w stanie uczynić więcej dobrego. Jeśli teraz się rozdzielimy, to z pewnością po kolei i nas ten tyran wykończy. Ze złem trzeba się liczyć nawet, gdy wydaje się być zgaszone. Długa cisza zawsze prowadzi do burzy, a… 
Takeru nagle zaciął się, jakby zwątpił w swe słowa. Dante spiorunował wzrokiem przemawiającego i obrócił swą głowę ku zgromadzonym. Wilki wymieniły pomiędzy sobą zdziwione spojrzenia i odwróciły się z powrotem do przewodniczącego. Przeklęta Śmierć zauważył, jak Keru przełyka z trudem ślinę. Sam pamiętał, że dawniej wstydził się, a wręcz bał zwrócić się do innych. Rozumiał doskonale sytuację swojego przyjaciela, jednak sam uważał, że to nie był czas na strach. Prędko wskoczył na głaz i przemówił do tłumu.
- Takeru niezbyt dobrze się czuje, dlatego też ja opowiem wam o wszystkim w skrócie. W imię dobra kolczasty los ma zamiar stworzyć plemię, które byłoby azylem dla każdej pokojowej istoty. Mój poprzednik ma rację, osobno nie damy rady. W ten sposób uchronimy się nawzajem i może kiedyś staniemy się na tyle potężni, aby jakoś uporać się z Lenem, gdy ponownie nadejdą mroczne czasy.
- Ale kto miałby być alfą, betą? Gdzie byśmy się podziali? – z grupy odezwała się Amber, brązowa wilczyca znienawidzona przez Dantego.
- Alfą zostałby Takeru, gdyż to jego idea na ratunek nas wszystkich. Sprawa niższych stanowisk pozostaje jeszcze do rozstrzygnięcia – Dawna beta Ziemi spojrzała ze zdziwieniem na Dante i odwróciła się na bok, zawstydzona. – A gdzie się podziać? – Wilk błędnym wzrokiem szukał w tłumie swej pomocy, Rigel, lecz odziwo jej nie dostrzegł. Teraz też potrzebował wsparcia. Nagle jego oczy skierowały się ku wisiorkowi z kluczem o różowych kryształach. Wziął go w łapę i obrócił nim w obecności innych członków. Niektórzy wpatrywali się w niego jak zahipnotyzowani, dało się słyszeć pomruki zachwycenia.  – Chyba wiem, gdzie moglibyśmy się udać, raczej ten klucz nie wisi na mojej szyi bez powodu, czyż nie?
- Skąd wiesz, że ta rzecz akurat doprowadzi nas do idealnego miejsca? Czyżbyś coś przed nami ukrywał, Dante? A w sumie, skąd go masz? Wcześniej go nie widziałem.
Takeru po odzyskaniu mowy od razu rzucił stos pytań w stronę basiora z kluczykiem. Czarny wilk położył puszyste uszy na zranionej głowie, sycząc na niego. Nienawidził, kiedy ktoś w ciągu maleńkiej chwili znajdował problem w duperelach. Zaskoczony towarzysz odskoczył w bok i obnażył kły, przesiąknięte jeszcze krwią swojego wroga. Wystarczyła chwila, aby atmosfera stała się gęsta i nieprzyjemna. Niebieskie oczy czarnego basiora znikły częściowo pod zmrużonymi wrogo powiekami. Źrenice zwężyły się w szparki, a z gardła wydobył się cichy warkot. Dante doskonale wiedział, czym zaraz zapachnie. Jak to zwykle, nikt go nie rozumiał. Tłum cofnął się do ściany. W pewnej chwili wydawało się nawet, że wilki zaraz złamią część drzewa. Puszysty basior z błękitnymi tęczówkami podszedł powoli do Kitsune, zniżając brzuch do ziemi i schował dotąd wyjęte pazury.
- Jeśli mamy dać pokój temu światu, musisz inaczej reagować na moje miny. Wszystko w swoim czasie, Takeru. – Dante wstał z ziemi, otrzepując z siebie kawałki kurzu. – Klucz ten mam na sobie od jakiegoś czasu, a dokładnie od tej chwili, kiedy to przyśniła mi się Eulipsa, była alfa Plemienia Powietrza. Po co miałbym mieć tajemnice przed wami? Sam o nim prawie nic nie wiem…
- Więc skoro prawie nic nie wiesz – podniósł głowę do góry, piorunując wilka wzrokiem – to po co mówisz, że klucz może być naszym ratunkiem?
- Tak przeczuwam… a raczej te przeczuwania są u mnie prawdą.
- Czyli, że mamy iść w nieznane za tobą? Tak po prostu?
- A co nam zostało? Iść tam, gdzie inni już znają tereny? To nasze jedyne wyjście, pomyśl.  A teraz wybacz, daj mi chwilę odpocząć. Za dużo wszystkiego na dzisiaj.
***
Najpierw na niebie pojawiło się pierwsze światełko, później drugie, trzecie… Na oczach Dantego pusta przestrzeń wypełniała się drobniutkimi gwiazdkami. Leżał sam, towarzyszył mu jedynie chłód wiatru i rosa owijająca jego łapy swym mokrym dotykiem. W taką samą noc, Lena opowiadała mu o historii, w której każda gwiazda miała swą duszę i każda z nich żyła szczęśliwie na błękitnych polanach. Teraz on sam chciał być taką iskierką na górze, biegającą pomiędzy wystającymi kępkami wysokiej trawy. Brakowało mu jej obecności. Zawsze szła razem z nim w głąb lasu, chociaż on za nią za bardzo nie przepadał. Nienawidził swej młodszej siostry. Dopiero zauważył, jak była ona dla niego ważna, kiedy zginęła pod rękoma myśliwego. Wtedy serce jeszcze bardziej się skruszyło niż wcześniej i ten prawdziwy ‘’Dante’’ zginął.
Od jakiegoś czasu próbował siebie znaleźć, na marne. Nawet jeśli się poprawił, to i tak nie stał się tym szczęśliwym wilkiem noszącym pomoc. Brakowało mu tego napędu do życia, który pomógł by mu odnaleźć się w teraźniejszości. Dalej się zastanawiał, czy to do czego dąży, jest tego warte. Wiedział jedynie, że musi żyć tym, co jest teraz. Miał w swym sercu jednak nadzieję, że Aprehend ześle mu szczęśliwy los. Spojrzał ponownie na usnute gwiazdami niebo. Nie chciał już dłużej czekać, wolał wyrzucić to, co leżało mu na wątrobie. Zbyt długo ukrywał te tajemnice, męczące go co noc i dzień, śniące się mu w koszmarach. Ruszył prędko na tereny plemienia wody, tam gdzie znajdowała się teraz Rigel. Jednakże on sam nic nie wiedział o zmianach, jakie w ciągu tych kilka sekund zaszły. 
***
Dante stanął jak wryty, gdy posoka ukochanej polała się po ziemi. Wysoki Kitsune uniósł triumfalnie głowę, wyjmując srebrne, zakrwawione pazury. Czarny wilk nie wytrzymał tego widoku. Agresywnie i bez zastanowienia wskoczył na wroga, przewracając go na glebę. Pod sobą usłyszał głośny warkot, a następnie poczuł, jak kły wbijają mu się w łapę. Basior zawył szaleńczo i odskoczył od przeciwnika, dając mu miejsce na ucieczkę. Dante przyjrzał się dokładniej postaci. Jak się okazało, był to Walter, syn Lena, który od dawna cieszył się niezbyt piękną opinią. Teraz stał przed nim jako alfa żądna władzy, nie mająca ani kawałka rozumu i kultury. Jednym zdaniem, przeklęta bestia bez ograniczeń.
Patrzyli na siebie w bezruchu. Każda ze stron czekała na ruch drugiej osoby. Kitsune machnął nerwowo ogonem, a na jego łapach pojawiły się ogniki. Lisi ogień, był tego pewien.
- Dante! …- leżąca na ziemi wilczyca zawyła do ciemnego wilka, wskazując na świeżą szramę na brzuchu . – Dante! - Krzyknęła słabiej. - Jestem w ciąży! 
Sam widok Rigel wytrącił Dantego z równowagi, a do tego doszła jeszcze ta wiadomość. Wilk wypuścił parę z ust, jednak nie odpowiedział. Obraz zawirował mu przed oczami i w swej głowie słyszał tylko jedno wyrażenie – jestem w ciąży! Pomimo tego w środku czuł ogromną dumę. Wreszcie, po tylu latach jego życie zaczęło się układać. Basior otrząsnął się prędko z tego stanu i spojrzał na przeciwnika. W błękitnych oczach płonęły ogniki, a wraz z nimi determinacja. Był już gotowy na wszystko.
<Walter, Rigel?>

Od Eline CD Walter'a

- Co? - nieodpowiedziałam na pytanie basiora, przerażona czekałam na swój koniec. Teraz przekonałam się, że nie każdy wilk z plemion jest pozytywnie nastawiony do mojej osoby. W sumie to nic dziwnego, bo przecież na co może się przydać taka słaba i strachliwa wadera. Zdziwiłam się jak mnie odrzucił i wylądowałam na twardej ziemi, piszcząc z bólu, promieniował po całej mojej tylniej łapie. Nagle inny wilk z tego plemienia zawył ostrzegawczo, spodziewałam się że to nic dobrego. Spróbowałam się podnieść, ale łapa coraz bardziej bolała, po chwili zobaczyłam wilki biegnące w kierunku plemienia. Wszyscy z plemienia kierowali się w ich stronę, było ich dużo mniej. Wiedziałam, że dla mnie to się źle skończy. Już wyobraźnią widziałam kły tych obrzydliwych wilków, zaciskających się na moim gardle. Byłam pewna, że szczęście się ode mnie odwróciło, tak samo jak cudownie przyszło i uniknęłam śmierci z łap basiora. Stwierdziłam, że leżąc tak się nie uratuję, postanowiłam spróbować wstać i ukryć się gdzieś na czas najazdu. Pomimo wielu prób, nie mogłam się podnieść - mój koniec niedługo nastąpi - pomyślałam kładąc głowę na łapy. Patrzyłam z rezygnacją na wilki, bijące się ze sobą i uświadomiłam sobie, że nie mam nawet najmniejszej szansy wyjść z tego cało. Zamknęłam oczy i myślałam o głupocie, jaką zrobiłam idąc tu za basiorem i wychodząc z terenów plemienia nocy - czy ja zawsze muszę być tak głupia? Do niczego się nie nadaję i nigdy nie będę taka jak inne wilki - obwiniałam się w myślach, łzy napłynęły mi do oczu. Otworzyłam je na chwilę, by spojrzeć na ten świat zanim odejdę do wiecznej ciemności, ale zauwarzyłam coś dziwnego. Obraz był rozmazany przez łzy, ale nie na tyle, by nie zobaczyć szczeliny w którejś ze skał. Była na tyle duża, żebym się w niej zmieściła i na tyle mała, że dorosły wilk by do niej nie wszedł. Zmusiłam się do kolejnej próby wstania, ale i tak bez skutku. Zdeterminowana zaczęłam czołgać się do tej szczeliny. Gdy byłam niedaleko jeden z okropnych wilków mnie zauważył i biegł w moją stronę. Śmiertelnie przerażona mojego bliskiego końca, przyśpieszyłam i nim się obejrzałam, byłam pod szczeliną. Z moją łapą trudno było się tam dostać, jednak czołgałam się dalej. Zauważyłam, że okropny wilk zniknął, zdziwiłam się bo nie wiedziałam, że wilki tak potrafią. Chciałam żeby w obecnej sytuacji jednak potrafiły - jak znikł to też zagrożenie znikło - pomyślałam i zaczęłam dalej się przeczołgywać przez szczelinę. Już prawie cała byłam w środku, kiedy poczułam przeszywający ból na mojej rannej nodze. Okazało się, że ten wilk chyba nie umiał znikać i właśnie wgryzł się w moją nogę, po chwili poczułam jak ciągnie mnie w kierunku wyjścia. Przerażona niemal instynktownie skuliłam się - ej przecież kuląc się ponownie, zginiesz - przyszła mi - według mnie - głupia myśl, ale miała racje. Ostatkiem sił wyciągnęłam przednią łapę, obróciłam się przodem do tego bezmózgiego wilka i z całej siły walnęłam go w nos. W pierwszej chwili puścił moją nogę i odsunął się, a ja mogłam dokończyć wejście do szczeliny. Kiedy wilk otrząsnął się, zmierzył mnie wściekłym wzrokiem, korzystając z chwili "spokoju" wciągnęłam ranną nogę do szczeliny, okropny wilk kłapnął pyskiem za moją nogą, ale zbyt późno by mnie ponownie zranić. Byłam już cała bezpieczna w środku. On jednak nie odpuszczał i próbował mnie dosięgnąć, nagle ku mojemu zdziwieniu zmienił się w zwierzę z dwoma nogami - właściwie to nie jestem pewna czy to w ogóle było zwierzę. Jedną z przednich łap, wsadził do szczeliny i próbował mnie złapać. Ze strachu prawie nie mogłam nic powiedzieć, a wiedziałam że w obecnej chwili nic innego mnie nie zbawi. Bez nadzieji, że ktokolwiek mnie usłyszy, a jak nawet by usłyszał, że pomoże słabej i nie użytecznej waderze, pisnęłam - pro-proszę niech m-mi ktoś p-po-może!
<Walter? xD>

Od Walter'a CD Eline

Kiedy poczułem na sobie czyiś ciężar warknąłem cicho i podniosłem się zrzucając tego ktosia na ziemię.  Moje niebieskie oczy powędrowały wzrokiem na młodą waderę i zdziwiłem się niezmiernie, jednak nie okazywałem tak tego w swojej mimice. Byłem jak zwykle śmiertelnie poważny...
- Kim jesteś panienko?- Zapytałem kulturalnie patrząc na nią z góry bowiem byłem od niej wyższy, ta jednak milczała, zmarszczyłem nos kiedy wiatr rozwiał mi moją ciemną grzywkę. Na razie się nie denerwowałem... na razie.
Mój ogon oplótł mnie wokoło łap kiedy usiadłem i przyglądałem się nowej waderze, która w dalszym ciągu nie odpowiedziała mi na moje pytanie, pokręciłem głową patrząc na nią i postanowiłem odejść... nic tu po mnie.
- Jestem Eline.- Odezwała się po chwili kiedy odszedłem na znaczną odległość, moje uszy które były dostatecznie długie by usłyszały te słowa delikatnie drgnęły a ja skierowałem głowę w jej kierunku. Szybko pokręciłem głową i zaśmiałem się wracając do swoich obowiązków... teraz jako alfa miałem ich strasznie dużo, musiałem się opiekować Plemieniem Wody jak tylko mogłem. Zasiadłem przed swoją jaskinią i spojrzałem na swoje tereny, gdzieś w oddali zauważyłem znajomego mi basiora, był to Dallas, który też całkiem niedawno przybył tu. Wilk również spojrzał w moim kierunku i podniósł wyżej głowę... patrzyłem na niego chwilę i uśmiechnąłem się pod nosem, kładąc głowę na jednej z łap i przymknąłem powieki, aby zaraz uciąć sobie spokojną drzemkę kiedy nagle... do moich nozdrzy dotarł jakiś nieznany dotąd zapach, bardzo szybko poderwałem się i rozejrzałem dookoła, gdyż był blisko. Usłyszałem delikatny szelest co z pewnością była łapa, która napotkała na swojej drodze liść, gwałtownie rzuciłem się  tamtym kierunku a po lesie rozniósł się pisk wadery, która teraz leżała pod moimi łapami.
-Co ty robisz na terenie mojego Plemienia, ha?- Zawraczałem obnażając niebieskie dziąsła wraz z białymi kłami... moje wielkie uszy były położone wżdłuż karku i teraz nie miałem zamiaru być miły.- Odpowiadaj!
- Właściwie to...
- Co? -Uniosłem brew, która wcześniej schowana była za gestą grzywką, wiedziałem, że to tylko dziecko... ale ja też kiedyś byłem niewinnym basiorkiem... nieśmiałym i lekko strachliwym, teraz natomiast nie bałem się niczego. Ba! Byłem zdolny zabić każdego... oprócz swoich rodzicieli.
Mój ojciec pokazał mi, że nie wolno dać sobie złamać karku inaczej będziesz przegranym... ja jednak zakładałem najróżniejsze maski- raz byłem miły inny raz byłem wredny i najchętniej rozszarpałbym delikwentów na strzępy. Odepchnąłem przestraszoną waderę, która wydawała mi się dość młoda... pachniała jeszcze dziecięco, jednak z pewnością nie byłoby to dla mnie przeszkodą by zatopić w niej swoje kły, jednak nie chciałem tego robić, nie zaatakowała mojego plemienia... do póki nie jest moim wrogiem jest dobrze. Uspokoiłem się nieco i ułożyłem się na kamieniu do drzemki... kiedy nagle usłyszałem wycie Sabera, poderwałęm się ponownie i znów rozerzałem, gdzieś w oddali widać było wrogów... Złowrogie wilki pędziły prosto w naszym kierunku, zawyłem aby ogarnąć wszystkich wokół, którzy się wokół pałętali i nie wiedzieli co ze sobą zrobić... było nas mało jednak to wystarczyło, żeby obronić nasze tereny. Zbiegłem ze skały i przyśpieszałem mijając drzewa i krzewy, które przeskakiwałem jednym sprytnym susem... żywioł wody nie był tym którym władałem, urodziłem się kitsune i władałem tylko ogniem i jakimś nieznanym mi żywiołem, którego nikt nie potrafił nazwać.
Wyskoczyłem do wroga zatapiając w jego szyi kły i zaczynając szarpać na wszystkie strony, wyrwałem kawałek skóry wraz z sierścią i mięsem, basior zawył z bólu i spojrzał na mnie wrogo swoimi jarzącymi się na krwistoczerwony kolor oczyma, rzucił się mi do gardła, a moją odpowiedzią na atak były pazury w kolorze srebra, którymi przejechałem po pysku przeciwnika oraz wzdłuż jego szyi zostawiając krwawe ślady, wilk kolejny raz zawył z bólu i przejechał moim ciałem kilka razy po ziemi powodując rany, skupiłem się na energii która teraz we mnie buzowała, a lazurowy ogień od razu zajął się na sierści delikwenta, który tak łatwo nie odpuszczał... szybko zdałem sobie sprawę, że to nie byle jaki wilk... to sam Alfa. Wiedziałem, że tylko ja mogłem się z nim mierzyć, pocieszał mnie fakt, że jak z nim skończę i z jego marnymi podwałdnymi to pójdę wreszcie na zasłużoną drzemkę, gdyż czuwałem nad Plemieniem kilka nocy. Rzuciłem basiorem o drzewo chwytając go za kark, szybko się jednak podniósł... był bardzo wytrzymały... czyżby coś w rodzaju wilczego tytana? A może...
Usłyszałem znajomy śmiech... Basior zaczął rosnąć i przekształcać się w ludzką postać... wampiry? Znowu?
- Witaj Walterze, synu Lena.- Nie skomentowałem tego... nawet nie było sensu zadawać pytania skąd zna moje imię, skoro wiadomo było, że jest tym który wysysa z innych istot życie i nie należy im ufać, a już na pewno nie zawierać z nimi paktów.- Przyszedłem po Ciebie... - Odciąłem mu ten tępy łeb swoimi ostrymi jak brzydtwa pazurami... jednak szybko się zregenerował, co mnie zdziwiło.- Tylko na tyle Cię stać?
<Eline?>

niedziela, 1 lipca 2018

Od Eline

Szła z brzuchem przy ziemi, cicho stawiając łapy. O sierść wadery ocierały się zielone i mokre od rosy kłosy trawy. Skupiona doszła do pierwszych zarośli i schowała się w nich. Niedaleko pasło się stado saren. Eline przyglądała się im przez dłuższy czas, aż dojrzała ranną i najsłabszą z nich. Skradając się, podeszła bliżej stada i schowała się w najbliżej rosnących krzakach. Przyszykowała się do skoku, po czym skoczyła i pobiegła za spłoszonymi zwierzętami. Tak jak podejrzewała ranna sarna zostawała w tyle i biegła na tyle wolno, by wygłodzona wadera mogła ją dogonić. Gdy się z nią wyrównała, skoczyła na jej grzbiet. Niestety spłoszone zwierzę biegło zbyt szybko i niedoświadczona wadera nie utrzymała się na grzbiecie ofiary. Gdy Eli spadła, ostatkiem sił wgryzła się w tylnią nogę sarny. Ranne zwierzę upadło na waderę, przygniatając ją do ziemi. Gdy Eline odzyskała świadomość, wygramoliła się spod ciężkiego ciała ofiary. Weszła na zwierzę i miała zadać ostateczny cios, kiedy usłyszała strzał w swoją stronę. Przestraszona wadera rzuciła się biegiem w kierunku lasu. Wbiegła w najbliższe krzewy jeżyn, po czym usiadła by ochłonąć. Po chwili niedaleko usłyszała szelest. Eli nabrała nadzieji, że jednak nie będzie dzisiaj głodować. Skradając się na ledwo ugiętych łapach szła przez ciernie, raniące jej skórę. Doszła do końca krzewów, po czym od razu skoczyła na zwierzę. Gdy wylądowała na grzbiecie, zobaczyła że znajduje się na wilku, po czym szybko zeszła i skuliła się
- Prze-przepraszam - wydusiła i przerażonym wzrokiem patrzyła na postać, stojącą przed nią.

Ktokolwiek? XD

Odchodzą!

„Jesteśmy tacy głupi, zaczynamy cenić życie dopiero wtedy, kiedy stajemy ze śmiercią twarzą w twarz....”
Favetoni
Howrse: aleksandrabasia email: aleksandrabasia@gazeta.pl
Imię: Zanira
Drugie imię: Upadła Mojra
Pseudonim: Wszyscy zawsze zwracali się do niej po imieniu.
Płeć: wadera
Wiek: 55 księżyców
Plemię: Plemię Ziemi
Hierarchia: Zwykły Członek
Powód: brak aktywności

~~~

,,Rób to co kochasz! Kochaj to, co robisz!" ,,Nic nie muszę, ewentualnie mogę!"
Właścicielka wilka 
koniara agata - Howrse | 12agasia5@gmail.com 
Imię: Whiskey
Drugie imię: Double Trouble (Proszę o zapoznanie się z formularzami innych wilków, w celu porównania sposobu zapisu drugiego imienia)
Pseudonim: Whis, Trouble
Płeć: Wadera
Wiek: 28 księżyców
Plemię: Plemię Powietrza
Hierarchia: zwykły członek
Powód: brak aktywności

sobota, 30 czerwca 2018

Od Ivette

Każdy dzień zaczynał się tak samo, każda chwila wyglądała identycznie, a ciągłe przebywanie w norze, którą już doskonale zdążyłam poznałać wydawało mi się coraz bardziej nudne i monotonne. Do tego jeszcze dochodziło moje jakże liczne rodzeństwo, utrudniające niemal każdą dotychczasową, życiową czynność i cisnące się wszędzie tam, gdzie ja. Naprawdę trudno było zachować spokój wśród nich wszystkich, a fakt że to ja jestem pierworodną tylko wzbudzał w nich zazdrość i doprowadzał do kłótni. Nudziło mnie już to wszystko, mówiłam mamie że jestem już wystarczająco duża i mogę sama wyjść chociaż na mały kawałek poza norę. Nawet raz prosiłam o to tatę, ale chyba nie wziął mnie na poważnie i skończyło się na buziaku na pożegnanie, a później odszedł do swoich obowiązków. Zupełnie nie rozumiałam dlaczego na początku wszyscy tak podziwiali to, że ja jestem pierwszą potomkinią w Plemieniu Nocy, skoro teraz zupełnie nie zwracali na to uwagi. Przecież byłam widocznie silniejsza i mądrzejsza od mojego rodzeństwa, to mnie powinni poświęcać najwięcej uwagi!
Tej nocy byłam tak okropnie zła na wszystkich wokoło, że aż nie potrafiłam zmróżyć oka, nawet gdy wszyscy już zasnęli. Mama nakrzyczała na mnie za to, że pokazałam Nelchaelowi gdzie jego miejsce, kiedy podczas zabawy w popychanki mnie dotknął. Zdecydowanie go nie lubiłam, a on doskonale o tym widział! W dodatku był taki cichy i słaby. Gdybym to ja była alfą, z pewnością on byłby omegą! Moim zdaniem zupełnie do niczego się nie nadawał, nawet do zabawy. Aż ciężko było mi uwierzyć, że w ogóle mogłabym być spokrewniona z kimś takim!
Słabe światło księżyca wpadało do środka ziemnej groty w której się znajdowaliśmy. Usłyszałam wcześniej jak rodzice opowiadali, że dzisiaj jest pełnia i tata wraz z kilkoma innymi wilkami gdzieś pójdą. Podobno właśnie w tę noc spotykają się gdzieś wszystkie Plemiona, ale kiedy zapytałam czy Plemię Nocy też tam pójdzie, nie wyrazili się jasno z odpowiedzią. Kiedy ochłonęłam już częściowo ze złości, rozmyślałam o tym jak może wyglądać takie spotkanie, zwłaszcza, że nigdy nie słyszałam ile jest tych plemion i czym się różnią. Czy nie mogłyby żyć jako jedna wielka wataha, zamiast spotykać się tylko w jedną noc na cały księżyc, aby omówić ważne sprawy? Wtedy nie musieliby tyle czekać.
Byłam tak zamyślona tym wszystkim, że aż przyszła mi do głowy pewna istotna myśl. Tata i kilka innych wilków gdzieś wyruszyło, więc możliwe, że nasz obóz jest mniej pilnowany niż zwykle. W oczach momentalnie zabłysły mi ciekawskie ogniki, kiedy powoli się podnosiłam, tak, by nie zbudzić mamy, ani reszty rodzeństwa. Ostrożnie zbliżyłam się do wyjścia z nory i wyjrzałam na zewnątrz. Faktycznie, po obozie przechadzał się teraz tylko jeden strażnik, podczas gdy zwykle było ich dwóch. To była idealna okazja, zwłaszcza że kiedy wyciągnęłam głowę by lepiej przyjrzeć się otoczeniu, zauważyłam niedaleko, wśród drzew tajemniczy błysk. Zerknęłam szybko na strażnika, by upewnić się że nie patrzy w tą stronę i szybko się wykradłam. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy przemierzałam obóz ze świadomością, iż może odwrócić się w każdej chwili, jednak gdy tylko wpadłam w gęste krzaki, mogłam odetchnąć. Nie zauważył mnie, a tylko twardo przypatrywał się czemuś poza głównym wejściem. Odwróciłam się więc w przeciwną stronę i znowu dostrzegłam błysk. Ruszyłam szybko w jego stronę, starając się wypatrzeć co jest źródłem tego zjawiska. I w końcu mi się to udało. Wysoka postać, chyba basiora przemierzała powoli leśną ścieżkę, a biżuteria, której posiadał w swoim wyglądzie dosyć dużą ilość, połyskiwała co chwilę w świetle księżyca. Zatrzymał się dopiero na małej polance przy płynącej wolno rzece, więc zbliżyłam się jeszcze bardziej i stanęłam w krzakach na lekkim wzniesieniu, obserwując go. Z początku wydawało mi się, że nie jest świadom mojej obecności, ale dopiero kiedy się odezwał, uświadomiłam sobie, że wręcz przeciwnie.
- Bardzo ładną mamy dzisiaj noc, prawda? - zapytał, unosząc pysk w stronę księżyca. Drgnęłam delikatnie na dźwięk jego nienaturalnego głosu, jednak po chwili wyłoniłam się z kryjówki i stanęłam naprzeciw.
- Prawda. - przyznałam bez emocji i wpatrzyłam się w jego twarz, zamiast spojrzeć na to niezwykłe niebo. Nie byłam pewna dlaczego, ale zupełnie nie czułam do niego lęku. Wydawało mi się, że mogłam go już gdzieś kiedyś spotkać, ale przecież to pierwszy raz, kiedy udało mi się wyjść z nory. - Byłeś w moim śnie. - odparłam wtem, kiedy skojarzyłam jego złoty medalion słońca, wiszący na szyi.
Spuścił łeb by się do mnie uśmiechnąć i zanim zaczął mówić, zniżył się na łapach do mojego poziomu.
- Oczywiście, w końcu jestem twoim senave. - odparł spokojnym tonem. Miałam wrażenie, że głos owej postaci wybrzmiewał bardziej w mojej głowie niż uszach.
Zmarszczyłam brwi.
- Nie potrzebuję anioła. - warknęłam groźnie, piorunując go spojrzeniem, a przynajmniej taki miałam zamiar.
Moja mina szybko straciła ten pewny wyraz, kiedy on się roześmiał.
- Seneve to nie anioł, mała Ivy. - odpowiedział wyraźnie rozbawiony, spoglądając na mnie pogodnie.
- Skąd wiesz jak się nazywam?! - wypaliłam szybko, kiedy tylko ponownie się podniósł, jednak on tylko spoglądał na mnie tym swoim spojrzeniem, a jego postać zaczęła powoli stawać się przezroczysta. - Hej! - zawołałam szybko i skoczyłam w stronę basiora, ale nie udało mi się go zatrzymać. Po prostu rozpłynął się w powietrzu, zostawiając za sobą nikły, ciemny dym.
Nie mogłam w to uwierzyć! Nawet nie raczył mi odpowiedzieć zanim zniknął!
Wpatrywałam się teraz ze złością w miejsce, gdzie przed chwilą stał owy osobnik. Z nieprzyjemnego uczucia wyrwał mnie trzask gałązki tuż za mną. Odwróciłam się w tamtą stronę z prędkością światła, już po chwili gniewnie spoglądając na stojącego jakąś odległość dalej brata.
- Czego tu szukasz? - syknęłam jeszcze odrobinę zła.
Hashiko zmarszczył brwi, miałam wrażenie, że futro na jego karku delikatnie się najeżyło, jednak prędko to opanował.
- Niespecjalnie kryłaś się z wyjściem. - odparł spokojnie, powoli zbliżając się w moją stronę. Po chwili jednak, widząc moją irytację, postanowił zmienić temat. - Krzyczałaś, słyszałem. Coś się stało? - jego wyraz twarzy zmienił się na czulszy. Doskonale wiedział co robi.
- Nic... - mruknęłam cicho. Przejęcie basiora moim losem zdecydowanie zburzyło złość, która jeszcze chwilę temu we mnie wrzała. Postanowiłam jednak, że i tak narazie nie będę nikomu opowiadać o tym dziwnym spotkaniu z basiorem o medalionie w kształcie słońca. - Widziałam gdzieś tutaj błysk... ale nic nie znalazłam. - odparłam spoglądając w oczy brata, chcąc nadać swoim słowom wiarygodności.

Hashiko?

piątek, 29 czerwca 2018

Nowy szczeniak Plemienia Nocy!

„Patrz w przyszłość z nadzieją, a nie w przesłość z żalem.”
White Liolynx
Emcia04
Imię: Eline
Drugie imię: Ciemność
Pseudonim: Eli, Eliś, Dark, Darkuś
Płeć: wadera
Wiek: 4 księżyce
Plemię: Plemię Nocy
Hierarchia: szczeniak 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Od Atsuyi Cd Nienny

Byłem akurat na przechadzce po różnorakich terenach. Nowe ciało wciąż kryło przede mną wiele tajemnic, a ja musiałem jak najszybciej je poznać i opanować. Owszem, nie było to takie trudne pod tym względem, że już nikt mi nie przeszkadzał i nie ględził, ale z drugiej strony postać wilka, którego zabiłem, jeszcze czasami pokazywała mi się gdzieś w ciemności. Nie mogłem wątpić w to, że czeka na okazję, by odzyskać „siebie”. Na pewno wie, że tak silne ciało jest dla mnie nie lada wyzwaniem i jeszcze czasami sprawia problemy. Owszem, ale ja mam jeszcze jednego asa w rękawie. Potrafię przekształcić je tak, by stało się moim, a kiedy zrobię to już całkowicie, nikt mi go nie odbierze.
Długi, szybki trucht, czy nawet powolny bieg to był pikuś dla kondycji nowego mnie. Mogłem przez to szybciej poznać tereny wszystkich plemion, na które bał się wkraczać Aphrodi, a dla mnie było to bardzo istotne. Planuję coś osiągnąć, może trochę się pobawić, jeżeli mam teraz takie możliwości. Skoro już udało mi się osiągnąć tak długo oczekiwany cel, to teraz chyba należy mi się coś od życia prawda?
Zatrzymałem się nagle, widząc jakąś odległość przed sobą postać ludzkiej kobiety. Pachniała jakoś znajomo, ale nie mogłem skojarzyć kim jest. Dopiero kiedy mnie zauważyła i przemieniła się w białą wilczycę, od razu ją rozpoznałem.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, ale podczas gdy powolnie się do niej zbliżyłem, zorientowałem się, że straciła przytomność.
- Nien? - mruknąłem cicho, spoglądając na jej poszarpane futro. Wyglądała, jakby przedzierała się przez gęste chaszcze, ale jakoś nie potrafiłem ich teraz zlokalizować.
Westchnąłem. Przecież nie zostawię w takim stanie własnej siostry.
Pochyliłem się, by złapać jej drobne ciało i przerzucić sobie na grzbiet, a później ruszyłem przez tereny, zatrzymując się dopiero w mniejszej jaskini, gdzie ją ułożyłem. Przemyłem także rany Białej, aby nie wdało się jakieś zakażenie, a gdy nadal nie odzyskiwała świadomości, postanowiłem, że coś jej upoluję.
No cóż, tereny na których byłem pierwszy raz to raczej dosyć trudne miejsce na obfite łowy, ale kiedy tylko znalazłem małe stado saren, ucieszyłem się ich widokiem. Jedna z nich w zupełności wystarczy dla rannej pani Alfy.
Ucieszony zdobyczą jaką trzymałem teraz mocno w pysku, ledwie spostrzegłem, że wadera odzyskała już świadomość i teraz wpatrywała się we mnie ciekawsko ze swojego legowiska, jakie wcześniej na szybko jej przyrządziłem. Zauważyłem to dopiero po chwili, kiedy zerknąłem w tamtym kierunku.
- Dzień dobry, śpiąca królewno. - uśmiechnąłem się mimowolnie, zasiadając niedaleko niej.

Nienna? Wiem, gniot jakich mało, ale rozkręcę się pewnie później x'D